Wrocławska kanariada

czwartek, 28.11.2013r.
Autor: napisał/a 8 artykułów.

11Teoretycznie to nie miało prawa się stać. Prawdopodobieństwo wszystkich opisanych poniżej zdarzeń oraz zorganizowany sposób, w jaki po sobie następowały są co najmniej podejrzane. Stało się jednak naprawdę. We Wrocławiu, na początku maja 2008 roku. A co takiego? Już mówię.

Najpierw niespodziewanie objawił się rzadko przeze mnie widywany ojciec. Wraz ze swoją żoną, która zresztą nie jest moją matką, mieli mnie podwieźć na spotkanie w sprawie pracy. Wsiadłem do samochodu, lecz ujrzawszy po kilku minutach jazdy gigantyczny wręcz… no, po prostu hard-korek, zdecydowałem się na pośpieszne opuszczenie rzeczonego wehikułu na skrzyżowaniu i sprint do tramwaju. Słusznie oczekiwałem od niego szybszego dowiezienia mojej nieskromnej osoby na miejsce, ponieważ na tej trasie tramwaje poruszają się szlakiem osobno wytyczonym, omijają zatem komunikacyjne zatory.

– Masz bilet? – zapytała mnie w ostatniej chwili Wiolka.

– Nie mam – odpowiedziałem szybko, otwierając drzwiczki.

– Masz bilet! – krzyknęła niemal, wciskając mi go do ręki. Podziękowałem i biegnąc na przystanek uświadomiłem sobie, że minąłem się z prawdą. Garnitur krępował nieco moje ruchy, ale bilet leżał w jednej z jego kieszeni. Nie do kasowania, lecz do ewentualnego pokazywania kontrolerom – okraszonego udawaniem nie wiedzieć czemu akurat Greka, że ja ni w ząb po polsku, ale bilet mam. Nie mam za to pojęcia, o co chodzi z tym całym kasowaniem, pokazałem go przecież kierowcy!

Po wzmiankowanym spotkaniu udaliśmy się z koleżanką Mafinką do Uli. Najpierw dłuższa posiadówa przy piwie w hotelu Akademii Medycznej, gdzie niezupełnie legalnie nasza znajoma się gnieździła, później kolejna tego dnia podróż szynowym pojazdem elektrycznym Miejskiego Przedsiębiorstwa Komunikacyjnego.

Muszę zaznaczyć, że Ulę charakteryzuje niebosiężny świr. Dostała nawet za to ode mnie specjalną nagrodę w postaci Srebrnej Śruby, bo żaden słoik nie jest zakręcony – choćby na najsroższą zimę – tak, jak zakręcona jest ona. Prawdopodobnie z tego powodu, kiedy już wygodnie usadowiliśmy się z Mafinką na krzesełkach prawie pustego wagonu, Ula zażądała zza okna, bym zaśpiewał jej „Nie płacz, kiedy odjadę”. Wysiliwszy mój wiele pozostawiający do życzenia głos, spełniłem jej życzenie. Piwo z mojego wnętrza twierdziło, że trochę w stylu operowym, jednak osobiście pozostaję odmiennego zdania.

Muzyczny temat natychmiast podjął nasz samotny dotąd współpasażer. Przerywane alkoholowo-marihuanowym chichotem „sercem będę przy tobie” zabrzmiało donośnie i bardzo zabawnie. Ula nie płakała, a tramwaj ruszył – pewnie po to, by zatrzymać się na następnym przystanku i umożliwić abordaż innym podróżnym. Utylitarne ustrojstwo; no, jak się okaże – do pewnego stopnia.

1 2

Wrocławska kanariada
  • 4.50 / 5 5
2 ocen/y, 4.50 śr. ocen (90% punktów)

Komentarze Facebook:

Komentarze/y

Komentarze czasopisma:

Dodaj komentarz

Musisz się zalogować, aby móc dodać komentarz.